środa, 23 sierpnia 2017

Nie nadaje się, ale ...

Miałam nadzieję, że wpis tego typu nigdy się na "Lawendowej Krainie" nie pojawi, ale wczorajszy mail od pewnego wydawnictwa przelał czarę goryczy. Jeden mail. Kilkanaście linijek tekstu, a tak wiele zmieniło. 

Słowem wstępu pragnę wyjaśnić co następuje - od kilku miesięcy na poważnie poszukuję wydawcy dla swojej książki pod roboczym tytułem "Lawendowe nuty". Pewnie część osób zna procedury zgłaszania propozycji wydawniczych : wysyłasz maila na wskazany adres, do tego najczęściej tekst w stylu : dlaczego właśnie ciebie mielibyśmy wybrać . I czekasz  mniej więcej pół roku.  




Zachęcona opinią o pewnym wydawnictwie ( na potrzeby tego tekstu nazwijmy je XYZ), którą usłyszałam na spotkaniu BlogBookMeeting  z ust jednej z autorek, postanowiłam zaryzykować. W poniedziałek wysłałam zapytanie( kilka miesięcy powędrował do nich tekst, ale nie było odzewu) i we wtorek dostałam tak "pięknego maila", że normalnie zamurowało mnie. 

Wracałam właśnie od kosmetyczki, gdy zawibrował mój telefon, w dość przyjemny sposób oznajmiając nadejście maila. Przycupnęłam na ławeczce, wyciągnęłam z torby telefon i patrzę - wydawnictwo XYZ - odpowiedź na propozycję wydawniczą. 

Dziękujemy na przesłanie propozycji wydawniczej.


Po pierwszym zdaniu nastąpiło coś, czego  po cichu się spodziewałam, ale już styl w jakim to nastąpiło, był zdecydowanie nieprzyjemny. 


Cała historia jest obiecująca, ale (...)


Cała historia jest obiecująca, ale niestety wszystko inne elementy są złe. Pani wytknęła mi błędy ortograficzne(?), stylistyczne oraz brak ciągłości historii, brak indywidualizacji wypowiedzi bohaterów. Generalnie wszystko źle. 

Przyjęłabym tę krytykę bez mrugnięcia okiem, bo wiadomo - jestem debiutantem i nie do końca wiem jak to wszystko powinno wyglądać. Zresztą autor chyba na początku nie potrafi krytycznie spojrzeć na swoją twórczość. Tak więc pokornie przyjęłabym krytykę gdybym nie przeczytała kolejnego zdania w mailu:


Jest to wszystko do poprawienia w trakcie redakcji.  Na szczęście.


Tutaj miałam cień nadziei, że może nie jest tak tragicznie i po "redakcji" Lawenda się obroni, chociaż byłam zniechęcona już samym początkiem, ale następne zdanie całkiem mnie rozbroiło:

Jako, że jest pani debiutantem, możemy zaproponować wydanie ze współfinansowaniem autora. 


Tutaj padła kwota - x000 + VAT, bo debiutant to jednak ryzyko i może nie wypali, ale jak już zainwestuję w książkę, to oni się postarają. Chętnie się podejmą itp.. Wiecie - wydawnictwo XYZ zafundowało mi huśtawkę emocjonalną - od podniecenia, przez rozczarowanie, po totalne zniesmaczenie. A najlepsze padło na koniec...


Jeżeli mimo wszystko nie zdecyduje się pani na współpracę z naszym wydawnictwem, to chętnie wskażemy pani firmy zajmujące się redakcją tekstów w celu przygotowania tekstu przed wysyłką do kolejnych wydawnictw. 


Wszystko fajnie, ale jakoś nie mam  zaufania do XYZ, Zresztą znalazłam już wspaniałą korektorko-redaktorkę p. Anię - która ugładza właśnie Lawendę, po czym podejmę jeszcze jedna próbę wysyłki - tym razem wersji beta- do wydawnictw. Jeżeli nie wyjdzie - trudno, najwyraźniej nie jest mi pisane być autorką. 

Liczyłam się z krytyką, bo przecież nikt nie jest idealny, ale taki sposób  reklamy - na przestraszenie się autora, który dopiero zaczyna, wydaje mi się nieodpowiednią metodą. Podejrzewam, że znaleźliby się tacy, którzy by bez słowa zapłacili, a potem najpewniej usłyszeliby, że w ciągu okresu rozliczeniowego nie sprzedał się żaden egzemplarz. Ja podziękuję. 


Konkluzja. 


Wydawnictwo XYZ widzi we mnie naiwniaka, który da "milion monet" po to by zobaczyć "nic nie warty" tekst na półce w swoim  mieszkaniu.  Trochę dziwny sposób na reklamę usług typu self-publishing ( bo na to mi to wygląda). Dla mnie wszystko jest albo białe albo czarne. Podoba się albo nie, a takie zwodzenie, że można popracować itp. 


Dopisek autorki.

Przyznam się Wam, że ten mail zbił mnie z tropu, miałam nawet moment takiej totalnej rezygnacji – wiecie rzucam wszystko w cholerę. Pożaliłam się nawet Gosi – mojej przyjaciółce, że chyba się nie nadaję, skoro wydawnictwo XYZ tak mnie ocenia. Zrezygnowana usiadłam przy laptopie, spojrzałam na wszystkie pozaczynane teksty i dotarło do mnie, że nie powinnam się tak łatwo poddawać. Wtedy na myśl przyszedł mi mój śp. dziadek, który na krótko przed śmiercią kazał mi niemal przyrzec, że będę walczyła o swoje marzenia do końca, nie zważając na przeszkody, które znajdą się na mojej drodze.

Postanowiłam, że zawalczę o sobie.

Dziękuję za wsparcie Anicie Scharmach, bo ona we mnie wierzy. I jeszcze Gosia I.
Pozdrawiam Was kochani czytelnicy i dziękuje, że dotarliście do samego końca tego tekstu.


Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.