czwartek, 26 października 2017

Stres - czyli co się działo jak mnie nie było.

Dzisiaj post sponsorowany przez Wiktorię "Wiki". To ona od ponad miesiąca przysparza nam tyle stresów, że gdyby nie farba na włosach, to pewnie bym osiwiała do reszty.

W połowie września serduszko suni się popsuło, najpierw takie niewinne objawy, a potem duszność i utrata świadomości.

Na szczęście lekarze z kliniki w moim mieście wyprowadzili ją zastrzykami z furosemidu ( 16 amp. w ciagu tygodnia) a potem 3/4 tabletki dziennie przez tydzień i obecnie 1/2 tabletki dziennie. Oprócz tego leki nasercowe tj. Cardisure 2,5 1 tabletka dziennie i Karsivan 1 tabletka dziennie.

Dwa tygodnie temu w środę 11.10.2017 u Wiki wystąpiła bardzo wysoka temperatura, wymioty i totalny brak apetytu. Oczywiście wizyta u weterynarz, dostaliśmy dwa antybiotyki i zalecenie pojawienia się następnego dnia. Rano 12.10.2017 wyszłam na spotkanie, tato mi dzwoni, że są u weta i jest bardzo źle, trzeba rozważyć eutanazje ( wysokie WBC, mocznik, kreatynika -sugestia procesu npl).  Wiki zostawiona na kroplówce na wyraźne życzenie mojego ojca. No jest źle - mówimy to sobie głośno i chyba nastawiamy na nieuniknione.  Po powrocie z kroplówki pies zaczyna jeść - papkę od Royal Canin. Oprócz tego przyjmuje prawie osiem leków dziennie. 3 zastrzyki ( 2 antybiotyki + psia pyralgina).

W piątek jestem w domu, żegnam się z nią, bo czuje, że już nie wróci do domu. Po godzinie od wyjścia z domu tato do mnie dzwoni i słyszę jego głos - trzymaj się mała. Okazuje się, że mała zostaje na kroplówce. A ja przez godzinę zdążyłam posprzątać całe mieszanie, pochować jej rzeczy, Byłam twarda, ale pękłam jak okazało się, że Wiki do nas wróci. Taka nagła reakcja. Wyciągam wszystko na miejsca i płacze. Przed osiemnastą niemal siłą wyciągam tatę, abyśmy już jechali pod klinikę, a nie czekali na telefon. Wchodzimy do kliniki, a Wiki już na nas czeka. Świadoma, kumata, chcąca wylizać moje łzy. Otulam ją kocykiem, który jest z nią od początku, wkładam pod kurtkę i wracamy do domu, po drodze orientuje się, że Wiktoria zdążyła wyciągnąć sobie korek od wenflonu, więc szybka akcja trzymania tej łapy i w domu zmiana zatyczki. Wchodzimy do mieszkania, stawiam mojego psa na podłodze, a ona biegnie do mojej mamy, która w kuchni szykowała kolacje. I wraca w nas nadzieja.

Z piątku na sobotę Wiki przesypia spokojnie noc, mija ten cholerny piątek trzynastego, a ona dalej jest z nami. Śpi u mnie w pokoju, na sofie, a ja trzymam ją za łapę. Boje się zasnąć,  właściwie drzemię tak czujnie, że jak tylko się rusza, to ja już na równe nogi. Co dwie godziny karmimy się papką weterynaryjną, popijamy wodę z dodatkiem soli fizjologicznej ( Wiki przy dużych dawkach furosemidu była odwodniona, parametry elektrolitowe to była dolina) i glukozy, co by dodać jej energii.

W sobotę z rana tato zabiera ją do kliniki na kolejne zastrzyki, my w tym czasie z mamą robimy zakupy i jaki jest szok, kiedy po powrocie ( nie było nas ze 40 minut) Wiki jest już w domu. Cieszy się, domaga mięsa ( gotujemy jej zazwyczaj udko z kurczaka) i po zjedzeniu swojej porcji zasypia w pierzynie(która pełni rolę legowiska). Śpimy-jemy-kangurujemy się i tak w kółko.

W sobotę wieczorem spała tak mocno, że przenosiłam ją dwa razy z łóżka na pierzynę i z powrotem, a ona nawet nie zareagowała. Ja też zasnęłam, mocno tego potrzebowałam. Rano niespodzianka w kuchni, szybkie sprzątanie, krótka kąpiel, bo z wenflonem w łapie i wracamy spać. Potem tylko wizyta kontrolna w przychodni, wyciągnięcie wenflonu i jesteśmy wolni.

W poniedziałek kontrola, zastrzyki i do domu. Morfologia lepsza ( WBC 28 tys).

Wtorek, środa - zastrzyki w domu.

Czwartek - kontrola i przejście na antybiotyki w tabletkach. 

Piątek - niedziela - stabilnie, wracamy do formy. 

Poniedziałek - wyczuwam na boku guzka, wiecie - pierwsze skojarzenie - rak. 

Czwartek tj. dzisiaj - na szczęście nie rak, tylko po prostu obrzęk po wkłuciu podskórnym, mamy masować i kochać, bo tego jej chyba brakuje, przez ten ostatni czas była najważniejsza, bo wiadomo. Morfologia dobra ( WBC gdzieś około 18 tyś.). 

Na szczęście skończyło się na strachu . Mam tylko jedną obiekcję co do kliniki, bo teraz jestem pewna, że zakażenie jakie miało miejsce, było jatrogenne. W czasie choroby Wiki kursowała dom-klinika-dom. Nigdzie nie wychodziła. Dwa razy była zabierana na "blok operacyjny", gdzie zakładano jej wenflon, śmiem podejrzewać, że tam ze sterylnością może być problem. Zwłaszcza, że znamy dwa psy, które tam się leczą i również mają zakażenia.

Wiem, że powinnam się cieszyć, że mi psa uratowali, a nie narzekać, ale gdyby pani wet zakładała rękawiczki i stosowały zasady aseptyki, moglibyśmy uniknąć tej całe akcji pt. antybiotyk. A oprócz tego rzucanie tekstem, że trzeba uśpić psa, bo  najprawdopodobniej ma raka ( na co jeszcze dwa dni wcześniej nic nie wskazywały) i nic się nie da zrobić, to w tamtej chwili była przesada, bo prowadząc zwierzaka od początku mogła podejrzewać, że doszło do zaburzeń elektrolitowych i infekcji.



2 komentarze :

  1. Znam to uczucie kiedy martwimy się o swojego pupila, obawiając się najgorszego, podczas gdy okazuje się że to tylko jakaś drobna infekcja ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. o masakra ile musieliście stresów przejść...

    OdpowiedzUsuń

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.